Czy można spotkać Boga twarzą w twarz?

//, Promieniuj, Zawieszona - między dwoma światami/Czy można spotkać Boga twarzą w twarz?

Czy można spotkać Boga twarzą w twarz?

Co się dzieje, gdy masz problem nie do rozwiązania? Czy w pogoni za codziennością, w walce, w leczeniu, w mnóstwie codziennych trudności znajdujesz czas dla Boga? Czy nurtują Cię pytania – dlaczego ja?, dlaczego moja rodzina?

O co pytałam Boga?

Ja nieustannie zadawałam sobie pytanie – dlaczego… O co w tym wszystkim chodzi? Pytałam Boga – Dlaczego wybrałeś taki sposób? W jakim celu zesłałeś mi tę “chorobę”? 

Czy w takiej sytuacji potrafiłam ufać Bogu? Niekoniecznie. Byłam ogromnie wściekła. “Toczyliśmy wojnę”. Przecież to nie tak miało wyglądać! Miało być zupełnie inaczej. Plan był całkiem inny niż jest w rzeczywistości. Jak to mówią – powiedz Panu Bogu o swoim scenariuszu, a On powie – dobrze, dobrze, ale plan dla Ciebie jest zupełnie inny.

Co mam zrobić z tym, co otrzymałam? Nie tylko ja, ale wszyscy w mojej rodzinie. Zadawałam sobie wiele pytań. Jak mam być szczęśliwa? Jak mam działać? Jak wykorzystać doświadczenie jakie otrzymałam?

Każdego dnia pytania i ta cisza… Nie dostawałam odpowiedzi…

Tak mi się tylko wydawało, ale w tamtym momencie nie potrafiłam ufać…  Moja babcia zawsze mówiła: niepełnosprawność / choroba to podobno list z nieba.  To naprawdę ciekawe… Jak to zaakceptować?

Co od Niego otrzymałam?

Na dzień dobry – niepewność, strach, ogromną dawkę bólu i skrajnych emocji. Wiesz co? Sama nie mogę uwierzyć w to, że się do tego potrafię przyznać. Codziennie próbuję posklejać siebie. Tchnąć w swój organizm trochę sił i działać, mimo że dostałam “wadliwe opakowanie”. Próbuję być szczęśliwa… 

Da się to osiągnąć, ale jest trudno. Ostatnio często słyszę, że dobrze jest, jak są trudności. Gorzej, jakby ich nie było. Tylko, że ja rozpadam się codziennie. Moje serce codziennie jest w kawałkach.  Długo nie mogłam znaleźć odpowiedniego “super glue”, by to wszystko skleić. 

Wiem jedno, że sama nie dałabym rady… Od jakiegoś czasu dogadujemy się z Bogiem. Od powrotu z pewnego miejsca czuję, że mi pomaga. Stawia na mojej drodze wielu dobrych ludzi.

Czy Bóg odpowiada na nasze wołania?

Przeprowadziłam mnóstwo rozmów z Bogiem. Właściwie to kłótni. Trwało to długo. Bardzo długo. W pewnym momencie przyszedł kryzys. Jakby ich było mało. Ogromny kryzys wiary. Byłam załamana, rozczarowana. Nie miałam siły, chęci i nadziei. Pragnęłam zasnąć i obudzić się w innej rzeczywistości. 

I właśnie w tym trudnym momencie usłyszałam: Jedź do Izraela. Tam nabierzesz dystansu, sił. Wrócisz zupełnie inna. Musisz tam polecieć. Ta podróż zmieni Twoje życie… 

Ile jest przeszkód w drodze do Boga?

Taki kawał! Ja? Polecieć na drugą stronę globu? Sama? 

Na początku pomyślałam o wszelkich trudnościach, jakie mogą mnie spotkać. A było ich dużo! Skąd ja wezmę środki na taką wyprawę? Jak sobie poradzę? Czy dam radę chodzić tyle kilometrów dziennie? 

Zaryzykowałam! Postanowienie podjęłam dosyć szybko. Można powiedzieć – z dnia na dzień. Poleciałam! I wiecie co? To była najlepsza decyzja w moim pokręconym życiu!

Decyzja to połowa sukcesu, mówią, ale co dalej? Te pytania w mojej głowie! Podróż – ok, a jak pokonasz schody po drodze? Jak sobie dasz radę na lotnisku? Przecież lecisz po raz pierwszy. Jak przetrwasz lot? Nie boisz się? A co, jak napotkasz trudności w poruszaniu się? Co się stanie jak nogi odmówią posłuszeństwa? Co wtedy zrobisz? 

I na dzień dobry – problem – wszyscy poszli dalej, a mnie zatrzymali na kontrolę bagażu. W głowie myśli – czy w ogóle przekroczysz granicę? Polecisz czy zostaniesz i nici z podróży? Czułam niepewność, nerwy, strach. Ale udało się! Chwila radości, a za chwilę znów przerażenie. Lecę… Mam ogromny lęk wysokości. Jak wylądowaliśmy, odetchnęłam z ulgą. Następna trudność pokonana. Potem kolejna granica. Sukces! Jesteśmy coraz bliżej celu.

Na miejscu ogarnęło mnie poczucie szczęścia tak ogromne, jak nigdy dotąd. Już żadne trudności nie miały znaczenia. A z dnia na dzień pojawiały się kolejne przeszkody.

Jak zwiedzać, gdy nie możesz się ruszyć?

Moje nogi z dnia na dzień odmawiały posłuszeństwa. Na miejscu, w domu mam swoje sposoby, by jakoś temu zaradzić. A tam, na drugim końcu świata,  co można zrobić, gdy mówią – Sorry, dziś nie działamy? Tyle spacerów, zwiedzania, a ja nie mogę zrobić kroku. Budzę się i nie jestem w stanie. Co teraz? 

Misja 1 – z pokoju do autokaru. Jak ją wykonać? Jak to zrobić? Pierwsza myśl – Spokojnie, jakoś to będzie, jest autokar. Musisz tylko, jakimś cudem, do niego “dokuśtykać”, a co dalej – nieważne. Nagle słyszę – Wiki, my Ci pomożemy. Nie ma problemu

Misja 2 – kilometrowy marsz z autokaru do pierwszego miejsca wycieczki. Moje punkty postoju: ławeczki lub kamienie. Wiecie, trzeba zachować jakąś równowagę na pustyni, choć o ławkę w takim miejscu jest ciężko. Ale jakie widoki – nie do opisania! Patrzysz przed siebie i widzisz piach, słońce i skały. I ten spokój…

Misja 3 – Góra Nebo. Jak się tam dostać? Wbrew pozorom, pod górkę było łatwiej niż w dół. Jak wracaliśmy, leciałam tak, że z trudem mnie powstrzymywali. Ale to u mnie normalne, że z górki lecę jak szalona. 

Jest jedno miejsce, które zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Ściana płaczu. Mur wypełniony intencjami robi wrażenie. Ale to nie było ważne. Tam poczułam wewnętrzny spokój pierwszy raz od dawna. Gdy tam dotarliśmy, zaczęło mocno padać. I ja też nie mogłam powstrzymać płaczu. 

Droga krzyżowa ulicami miasta była czymś, co pozostanie mi w sercu, bo była moja. To była próba pokonania swoich słabości i walki oraz dowód na to, że można dokonać niemożliwego. Z każdym krokiem było coraz gorzej. Chyba szłam siłą woli, bo nogi mówiły – Dalej nie idziemy. A ja szłam holowana przez innych, powłócząc za sobą nogami. 

Czy obietnice Boga się spełniają?

Tam coś we mnie pękło… Nastąpiła zmiana. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Z dnia na dzień zaczęłam się zmieniać. O dziwo, codziennie słyszałam głos Boga. Otrzymywałam odpowiedzi. Codziennie spływały, jak lawina, na wszystkie pytania, które wcześniej zadawałam. 

Kiedy to się stało? Jak zaczęła się przemiana? Czy jest coś, co nagle zrozumiałam? Gdy byłam w Grocie Narodzenia w Betlejem nagle i niespodziewanie, jak grom z nieba usłyszałam słowa – Spokojnie. wszystko będzie dobrze, tylko zaufaj. Stało się coś zupełnie niesamowitego. Przyszła łaska akceptacji. Tak myślę. Wiem jedno – wróciłam inna. I nie potrafię wytłumaczyć tego,  jak to się stało…

Jak doświadczenie obecność Boga zmienia perspektywę?

Co się zmieniło? Jak po wizycie w tym miejscu podchodzę do wiary? Piszę to z pełną odpowiedzialnością. Doświadczyłam Boga, Jego działania, Jego Obecności. Dostałam wiele wskazówek, dostałam wewnętrzny spokój, którego wcześniej nie miałam. Codziennie rozmawialiśmy, a wcześniej to była wojna. Właśnie tam otrzymałam wiele łask. Od powrotu mam mnóstwo Aniołów Stróżów wokół w postaci wspaniałych ludzi. Jak ta wizyta wpłynęła na mojego ducha? Wzbogaciła go, pozwoliła  zrozumieć, odzyskać równowagę, wzmocniła, pozwoliła z nadzieją spojrzeć w przyszłość.

 

Zawieszona między dwoma światami. Zobacz, jak to wszystko się zaczęło.

 

Tekst: Wiktoria Rusin
Korekta: Roksana Adamek
2020-03-19T09:54:32+01:0019 marca 2020|